Uff…
September 8, 2009
Funkcjonuję tak:
- Mam coś do zrobienia
- Zawalam sprawę na całej linii, głównie przez własne niedbalstwo
- Siedzę 2 tygodnie, bojąc się przyznać, że coś schrzaniłem
- Zbieram się, żeby się przyznać i zebrać za to baty
- Odkrywam, że wszystko jest w porządku
- Uff…
Nie wiem, jak to się dzieje. Gubię książkę z biblioteki, szukam jej i dochodzę do wniosku, że musiałem ją zostawić w egzotycznych krajach. Zakładam buty, żeby pójść ją odkupić i w tym momencie mój wzrok pada na śliczny, wypłowiały, niebieski grzbiet książki, z kodem kreskowym biblioteki. Nie wiem, jak ona się tam znalazła, wśród książek, między którymi nie miała szans wylądować – co ma “The Logic of Leviathan” do Woody’ego Allena?
Biegnę na pociąg, który ma mnie zabrać na Bardzo Ważne Spotkanie. Spóźniam się, oczywiście, a w rozkładzie następny za parę lat. I co? I tu nagle przyjeżdża pociąg kompletnie od czapy, spóźniony 2 godziny. Zawalam robotę, idę na dyżur, by poprosić o jakąś inną formę zaliczenia, a tu okazuje się, że pomylił mi się deadlajn i mam jeszcze jakieś dwa tygodnie.
Nawet jeśli nie mam takiego farta, zawsze gdy sprowadzam na siebie katastrofę, w ostatnim momencie, z wywieszonym językiem i w panice jej zapobiegam. Nagle przewinie się profesor, którego w ogóle w Polsce nie miało być, a któremu już tydzień temu miałem oddać artykuł. Na ostatni W-F w semestrze, na który nie mogę się spóźnić , spóźniam się, by wejść przez okno, by dogadać się, kiedy mam przyjść, żeby jednak zaliczyć zajęcia. Nocleg w Göteborgu znalazłem 2 dni przed wylotem, gdy wszystkie łóżka w promieniu 40 km od Gbg były już dawno zajęte.
I tak dalej, i tak dalej, nieważne. Uczucie w tym momencie jest jednym z najpiękniejszych – nagłe przejście od stresu i oczekiwania kary do stanu błogości. Niektórzy żyją dla sukcesu, inni dla miłości, ja żyję dla poczucia ulgi – a jednak się udało!